1 lutego 2015

Bieg Rzeźnika

Budzą mnie promienie zimowego słońca sączące się przez zasłonięte białą firanką okno.
Dobiegające z elektronicznej niani odgłosy świadczą o tym, że najmłodszy członek rodziny już nie śpi.
Gdy zaraz do Niej pójdę Ona powita mnie swoim najpiękniejszym sześciozębnym uśmiechem.
Ale to za chwilę. Póki co wtulam się w MSM i delektuję ciszą poranka...
Ups... To chyba nie ta bajka!




5.50. Budzik wzywa! Drzemka? Jasne! Z pełną świadomością, że jak spędzę w łóżku dodatkowe 5 minut to misternie ułożony plan całego dnia rozsypie się w drobny mak.
Więc wstaję (gdzie zapodziały się moje kapcie?), szybki prysznic, jeszcze szybszy makijaż, suszarka idzie w ruch.
MSM budzi Mikołaja, Helen budzi się sama. Gwizdek czajnika miesza się z poranną audycją w Trójce.

Stoję przy kuchennym blacie i w pośpiechu spożywam "najważniejszy posiłek dnia". Znów, zupełnie przez pomyłkę, zamiast własnej kromki chleba, nagryzam przygotowaną Mikołajowi do szkoły bułkę. Trudno - będzie musiał przeżyć fakt, że w śniadaniówce znajdzie drugie śniadanie z odbitym zgryzem rodzicielki.
Sprawdzam po raz ostatni: worek z kapciami - jest, rzeczy na basen - spakowane, bidon z wodą i śniadaniówka - na swoim miejscu. Całus dla Seniora, całus dla Juniora, biegnę do Helen.

Ona na nocniku, ja z prostownicą w dłoni, w tle odgłos szalejącego w salonie Rumburaka.
Nocny outfit zamieniamy na dzienny (ok, Helen już ubrana, ja wciąż w spodniach od piżamy). Przed wyjściem do pracy karmienie oseska - to jedyna chwila poranka, gdy zatrzymuję się na moment i nie przebieram nerwowo kończynami. W głowie milion myśli, na mojej twarzy ciepła łapka mojej Córeczki.
Dzwonek do drzwi, niania już jest. Przekazuję jej radosną Helen i dziękuję w myślach losowi, że zesłał mi Anię.

Czułe pożegnanie, torebka w dłoń i już jestem w samochodzie. Zapinam pas, otwieram bramę garażową i... no tak. Muszę pomalować jeszcze paznokcie! Odsuwam fotel kierowcy maksymalnie do tyłu, buteleczkę z lakierem wciskam między kolana i maluję, paznokieć po paznokciu. Jeśli los będzie mi sprzyjał, lakier zaschnie zanim zdążę go zarysować jakimś nieostrożnym ruchem dłoni. Nie będę musiała robić poprawek na czerwonym świetle :)


W końcu wyjeżdżam. Telefon informuje mnie, że "masz wiadomość!". To Kuku. Dopiero wstała :P
Odpisuję, a raczej dyktuję odpowiedź mojemu sprytnemu telefonowi. Kuku znów będzie śmiała się do rozpuku z tego, co przeczyta w wiadomości - wszak telefon to mądra, ale niedoskonała bestia.
50 minut później zasiadam przy biurku, obok komputera kubek z gorącą kawą.

Spotkanie za spotkaniem, patrzę na zegarek... O rany! Już 16.30!
Domykam ostatnie sprawy, wysyłam ostatnie maile, chwytam w pośpiechu kurtkę... Ups - rękawy dziwnie długie.
No tak, to kurtka kolegi z pokoju. Pędzę do samochodu. Przy dobrych wiatrach o 17.40 będę w domu.

Kobieta pracująca wraca na łono rodziny! Helen radośnie macha rączkami domagając się popołudniowego karmienia.
Zasiadamy do stołu (jak nazwać posiłek spożywany o godzinie 18.30, nie będący jednocześnie kolacją?), rozmawiamy o minionym dniu. MSM robi popołudniową kawę - tego zwyczaju nigdy nie porzucimy. Nastawiam pranie, zabawiam domagającą się naszej uwagi Helen, zerkam na odrobione przez Mikołaja zadanie domowe. O rany! Już późno, trzeba wykąpać dzieci i położyć je spać.
Może poproszę Helen, żeby umyła się sama?

Znów karmienie, całusy na dobranoc i wieczorny relaks rozpoczęty!
Relaks? No tak, to znów nie ta bajka.
Pralka piszczy domagając się wyładowania wypranych ubrań, zmywarka pęka w szwach, w garnku wrze woda. Kroję marchewkę, myję brokuła, płuczę kaszę. Obiad dla Helen gotowy. Trzeba iść spać. Wszak w nocy trzeba będzie wstać i nakarmić dziecko. Jak dobrze pójdzie pobudka będzie jedna, przy drugiej, na wpół świadoma, wezmę Helen do naszego łóżka i nie będę musiała pacyfikować domagającego się w środku nocy zabawy niemowlaka.
5.50. Budzik wzywa...

Jeśli urlop macierzyński porównałam kiedyś do maratonu to rzeczywistość pracującej matki dwójki dzieci jest zdecydowanie biegiem rzeźnika.

4 komentarze:

  1. Ciężkie jest życie pracującej matki. Ja bym sobie te paznokcie odpuściła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpuścić to ja sobie mogę... hmmm... co ja mogę sobie odpuścić? Niech ktoś podpowie!
      Bo paznokcie to nie bardzo ;)

      Usuń
  2. Budzik? ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za odwiedziny i każde pozostawione słowo :)
Kuku & Cui

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...